Są właścicielkami najsłodszego miejsca w Warszawie. Studiują food styling, pieką, przygotowują i serwują najlepsze shake’i na świecie. Agata Lewandowska i Kasia Jendrysik otworzyły Warszawski Lukier kilka miesięcy temu. To miejsce dla młodych i starszych, dla fanów słodyczy i niebanalnych lunchy, czyli sycących croissantów ze świeżymi i pysznymi dodatkami. Trudno oprzeć się temu, by nie zajrzeć na coś słodkiego, kiedy jest się w pobliżu Hożej. Dziewczyny dbają o każdy detal związany z Lukrem: od oświetlenia przez wybór porcelany aż po każdy z dopracowanych deserów i ciast. Spotkaliśmy się z nimi na krótką rozmowę o tym, jaka jest lukrowa historia, gdzie lubią chodzić na prosecco i czy można zrezygnować z jedzenia słodyczy.

Kasia: Skąd wzięła się potrzeba stworzenia takiego miejsca jak Warszawski Lukier?

Kasia: Na pewno z tego, że kochamy słodycze, kochamy piec i przygotowywać desery. Interesujemy się kuchnią i chciałyśmy podzielić się tym z innymi.

Agata: Myślę też, że brakowało takiego miejsca w Warszawie. Robimy i chcemy robić coś innego. Nie mamy zamiaru być cukiernią, która oferuje tylko ciasteczka. U nas znajdziesz i freakshake, i gofry. Tworzymy nasze własne, inne miejsce.

K: Właśnie, nie bałyście się otwierać cukierni w obliczu tego, że teraz wszyscy są szaleją na punkcie zdrowej i fit diety?

A: Zrobiłyśmy modzie na przekór (śmiech). Jednak tak naprawdę na wszystko jest popyt, tylko trzeba mieć na to sposób. Kiedy robisz coś dobrego, pokazujesz to ludziom, oni rozumieją Twój pomysł – po prostu zaczynają do ciebie przychodzić. Choćby z chęci zrobienia zdjęcia i pokazania się. Nawet bycie fit jest trochę na pokaz u niektórych ludzi.

A jak powstał sam koncept tego miejsca? Od czego się zaczęło? Jak to się stało, że jest akurat różowo, że są huśtawki?

A: Jeśli chodzi o samą lokalizację, to długo szukałyśmy odpowiedniego miejsca. Kiedy pierwszy raz przyszłyśmy tutaj, na Hożą, naszą reakcją było jedno wielkie ŁAŁ. Obejrzałyśmy ten lokal i wiedziałyśmy, że to właśnie to! To była miłość od pierwszego wejrzenia Kasi.

K: Tak! Te witryny od razu skradły moje serce. Są niesamowicie duże, a ja to bardzo lubię w lokalach. Jeśli chodzi o inspiracje, to nasze wspólne dzieło. Jest tu dość dziewczęco, obie lubimy róż. Druga sala jest biała, bardziej surowa, wszystko przełamałyśmy szarością, jest też dużo roślin.

Maciej: Trzeba przyznać, że ten róż doskonale pasuję też do nazwy. Kojarzy się z lukrem i słodyczą, więc to strzał w dziesiątkę.

K: Trochę taki amerykański klimat.

K: Tak, ludzie nas właśnie tak określają.

A: Nie tylko pod względem wyglądu, ale i shake’ów. Niektórzy twierdzą, że Ameryka przyszła do Warszawy.

M: Bardzo dobrze, trzeba kreować nowe trendy i pokazywać, że można inaczej.

K: Dokładnie. Współpracowałyśmy również z architektami ze studia projektowego NAS-DRA, więc to też ich pomysły i dużo nam pomagali. Stworzyli całościowy projekt.

Nie bałyście się razem otwierać biznesu?

A: Znamy się dość krótko. Rok.

K: Ale po dwóch miesiącach znajomości stwierdziłyśmy, że otwieramy w Warszawie cukiernię.

A: Pomysł powstał w Rzymie. Wszystko było tam super piękne, super smaczne… Więc postanowiłyśmy: „Ok! Zróbmy to w Warszawie”. Na początku wszystko miało być po włosku.

K: Tak, dokładnie. Chciałyśmy robić włoskie słodycze, ale z biegiem pomysł ewoluował i trochę go przekształciłyśmy.

M: Czyli połączyła Was miłość do słodyczy.

A i K: Tak!

K: I szkoła. Bo tam się poznałyśmy.

A: Obie studiujemy food design. Tam się spotkałyśmy.

K: Jesteśmy podobne, lubimy te same rzeczy.

K: Kto wymyśla desery? Kto odpowiada za to, że dziś będzie shake ze Snickersem, a nie Kinder Bueno. Same wszystko wymyślacie i próbujecie te przepisy?

K: Jeśli któraś z nas wpadnie na jakiś pomysł – robimy go. Kombinujemy.

A: Albo i nie, czasem idziemy na żywioł.

K: Dokładnie, zdarza się, że robimy coś raz-dwa-trzy i jesteśmy zachwycone efektem.

K: A jakie są wasze ulubione desery? Tak totalnie prywatnie.

A: Dla mnie totalnie lody, uwielbiam lody!

K: No, ja też. Ale oprócz tego wszystko, co z białą czekoladą.

K i A: I tiramisu! Ooo, i ptysie!

A: I szarlotkę.

K: Agata to wszystko lubi..

A: Nie no, nie wszystko. Ale ptysie i tiramisu to chyba tak najbardziej.

M: Czyli w sezonie letnim możemy się spodziewać tutaj „budki” z lodami?

K: Tak, są takie plany.

K: Powiedzcie mi jeszcze, czy trudno jest podjąć decyzję o tym, że zakładacie swój biznes? Bo wiem, że jedno to planowanie, gadania, snucie marzeń. Ale przychodzi moment decyzji, czyli wykładamy kasę, wynajmujemy miejsce, zatrudniamy architektów. Nie bałyście się tego?

K: Sama decyzja nie była aż takim problemem. Wiadomo, że ciężki jest ten proces, ale samo podjęcie decyzji, było u nas stanowcze.

A: Jesteśmy we dwie. Możemy się wspierać w jakiś sposób. Jak jedna ma gorszy dzień, to druga ją podnosi. I dzięki temu jest na pewno łatwiej. A co do decyzji, to ja zawsze chciałam mieć coś swojego. Bo dla mnie pracowanie na kogoś i robienie tego, co robię dla kogoś, byłoby bez sensu.

K: Ja też zawsze miałam takie plany. Więc się jakoś tak dogadałyśmy i zgrałyśmy.

K: Co najbardziej lubicie w swojej pracy?

K: Jest wiele takich rzeczy. Na pewno samo robienie tych deserów. Coś tworzymy, nikt tak naprawdę nie wie jak. Mamy jakieś swoje sekreciki, których nikomu nie zdradzamy. I później, jak to ktoś dostaje i mu smakuję, to bardzo cieszy.

A: Satysfakcja z tego jak ktoś docenia naszą pracę jest duża. I to lubię. No i lubimy swoje towarzystwo, bo mamy naprawdę fajny zespół.

K: Tak! Bardzo miło się tu spędza czas, bo nie tylko pracujemy razem, ale i się przyjaźnimy.

M: Jakie punkty gastronomiczne na mapie Warszawy odwiedzacie prywatnie?

K: Mamy różne fazy. Chodzimy długo do jednego miejsca, a potem zmieniamy.

A: Mamy ostatnio jedno ulubione. Byłyśmy tam pod rząd jakoś ze cztery razy – Regina Bar.

K: Bardzo klimatyczne miejsce. Swego czasu też często gościłyśmy w „Bułka przez bibułkę”. Przyjemnie się tam siedzi … I jest tanie prosecco.

A: A to duży plus!

M: Jak zareagowali Wasi sąsiedzi na wieść o tym, że otwiera się coś nowego? Jest miły odzew od mieszkańców?

K: Początkowo było dość nieprzyjemnie. Starsze panie przychodziły i próbowały wmówić, że nam się to nie uda i niedługo się zamkniemy. Było mnóstwo takich sytuacji. Ale my się nie przejmowałyśmy. I teraz mamy satysfakcje jak przechodzą obok, a tutaj siedzi tłum ludzi.

M: Przyznam, że jestem zaskoczony. Bo myślałem, że mieszkańcy raczej miło przyjmują takie kawiarenki.

K: Oczywiście zdarzają się też tacy starsi ludzie, którzy wpadają na herbatę albo kawę.

A: Mamy stałą klientkę, która jest przeurocza,wypytuję o nazwy deserów i mówi, że będzie próbować sama je robić.

K: Jakie są Wasze porady dla młodych przedsiębiorców?

K: Trzeba być bardzo stanowczym wobec ludzi, którym się coś zleca. Ja niestety czasem nie potrafię być taka, ale jest to bardzo konieczne. Bo ludzie często coś opóźniają, trzeba dzwonić do wszystkich i prosić się o to, by wykonali swoją pracę.

A: Ja myślę, że ważne jest żeby się nie bać. Każda decyzja, dobra czy zła, jest jakąś decyzją i do czegoś prowadzi. Metoda prób i błędów.

K: Jakie są wasze plany rozwoju? Może kolejny lokal w innej części miasta?

M: Może w odpowiedzi na Warszawski Lukier powstanie restauracja? Typu „Warszawski Batat”?

K: Warszawski Kotlet (śmiech). A tak poważnie, to nie wiemy. Póki co, chcemy rozwijać to miejsce i inwestować całą naszą energię tutaj.

K: Jaki deser jest waszą wizytówką?

K i A: Freakshake. Zdecydowanie.

K: Czyli jest tak, że ludzie usłyszeli, że macie takie cuda i przychodzą tutaj?

K i A: Większość!

A: Ktoś zobaczył na zdjęciu albo ktoś im powiedział.

M: Łatwo być na diecie, gdy się pracuje przy deserach?

K: Ciężko.

A: Bardzo ciężko. Bo trzeba próbować tego wszystkiego. Czasem się kłócimy, która ma próbować, bo już żadna nie może.

K i M: No jeśli byście szukały testerów, to możecie na nas liczyć!

K: Będziemy zostawiać wam paczki!

M: To ostatnie pytanie. Czy byłybyście w stanie zrezygnować ze słodyczy, jeśli ktoś zaproponowałby wam trzy miliony dolarów, za niejedzenie ich przez rok.

A: Za trzy miliony? Nieeee!

K: Tak!

(śmiech)

K: Byłam na diecie, długo nie jadłam słodyczy, choć bardzo lubię, ale za trzy miliony dolarów… Mogłabym.

A: Choć za udowodnienie komuś, że dam radę nie jeść słodyczy to bym dała radę nawet bez pieniędzy. Lubię udowadniać, że mogę coś zrobić.

Zdjęcia: Warszawski Lukier / Facebook