Spotykamy się we wrocławskiej knajpie między wyjazdami chłopaków, koncertami, nagraniami i przygotowaniami do trasy koncertowej Brennessel On Tour. Z Lewym i Radkiem gadamy o wydanym niedawno longplay’u, przecieraniu szlaków na rynku muzyki elektronicznej, lajkach na Facebooku i o tym, kogo lubimy słuchać na koncertach. Zastanawiamy się też, czy człowiek może się dziś chociaż na chwilę wyłączyć. Jutro grają ostatni koncert w ramach trasy z Kamp! w warszawskiej Stodole. Podczas gdy my już tupiemy nóżką pod stołem w oczekiwaniu na muzyczną przedświąteczną ucztę, zostawiam Was z jedną z najbardziej inspirujących rozmów, jakie miałam okazję przeprowadzić. Panie i Panowie – przedstawiam We Draw A.

 

 

Czemu tak długo czekaliśmy na longplay WDA?

Radek: To wcale nie było tak długo. Przy zakładaniu We Draw A nie planowaliśmy z góry, że będziemy nagrywać jakikolwiek longplay. Najpierw zrobiliśmy kawałki, z których składała się pierwsza EPka, potem kolejne, z których powstała druga. Po tych dwóch robiliśmy dalej utwory, które zaczęły tworzyć całość.

Lewy: To pytanie sugeruje, że celem każdego zespołu jest nagrywanie płyty, a tak przecież nie jest. Myśmy ciągle pracowali, nagrywaliśmy EPki, graliśmy koncerty. Żyliśmy. Tak naprawdę to nie było długo, bo dwa lata.

Jasne, rozumiem. Natomiast „mówi się”, że zajebiście, w końcu nagraliście płytowy pełny metraż.

Lewy: Wszystko teraz szybciej funkcjonuje, ale my chyba jesteśmy trochę starszej daty i robimy wszystko swoim powolnym, żółwim trybem. Chociaż co roku mamy wydawnictwo.

Radek: W pierwszym roku zrobiliśmy dwie EPki, materiał na nich zawarty tak naprawdę mógłby stworzyć cały album.

Lewy: Skompilowaliśmy to na cedeku.

Radek: Tak. Samą płytę tworzyliśmy jakieś 10 miesięcy. To dość szybko, przynajmniej jak na nasze standardy.

Jakie to uczucie, kiedy praca nad płytą jest ostatecznie zakończona i za chwilę wypuścicie ją do sieci?

Radek: Myślę, że to przede wszystkim ulga. Proces twórczy jest za tobą, znika napięcie i dzielenie włosa na czworo. Płyta to nie tylko nagrywanie piosenek, ale też wydawanie muzyki, zaprojektowanie okładki, myślenie o dystrybucji. Ponieważ robimy to z Brennnesselem, to jestem tu w podwójnej roli: jako współtwórca i współwydawca materiału.

Lewy: Radek mówił, że to może już nie jest myślenie, natomiast ja mam zupełnie odwrotnie. Dużo tej płyty słuchałem, kiedy była już skończona i to było takie nerwowe sprawdzanie, czy to, co się zrobiło, jest okej. Wiedziałem, że nic nie można dodać, ale ciągle zastanawiałem się, czy jest w porządku. Za chwilę dochodzi do ciebie, że już nic nie można zrobić, a efekt końcowy jest taki, jaki chcieliśmy.

Radek: Jak skończyliśmy ten materiał, to swoje myślenie skierowałem na bycie wydawcą, a nie twórcą tego materiału. Ustalaliśmy z chłopakami, jak podejść do promocji tego albumu. Wiadomo – muzyka jest najważniejsza, ale trzeba też myśleć nad opakowaniem tego tak, by doszło do tych, do których powinno dotrzeć, ale też spróbować wyjść poza krąg ludzi „pewnych” i dotrzeć do nowych odbiorców. Od momentu, kiedy płyta poszła do tłoczenia, moje myślenie zmieniło się totalnie na myślenie wydawcy.

Mieliście jakieś oczekiwania względem odbioru płyty przez fanów? Można mówić w ogóle o czymś takim?

Radek: Chyba jest trochę za wcześnie, żeby oceniać feedback. Pewnie za miesiąc będziemy mogli powiedzieć więcej. Trudne jest ocenianie swojej muzyki i przewidywanie odbioru, reakcji ludzi. Już tyle razy miałem pewne oczekiwania co do mojej muzyki, a okazywało się, że ludzie interpretowali ją inaczej. To, że przeczytałem kilka odmiennych opinii, otworzyło mi oczy, że ta muzyka nie musi być do końca taka, jak ja ją widzę. Truizm.

Wydaje mi się, że to dobrze, że nie jest jednoznaczna.

Radek: Jasne, ale w momencie, kiedy wydaje się muzykę, na którą ma się dany pogląd, chciałoby się, żeby inni mieli taki sam. Przy pierwszym zetknięciu się z innymi opiniami, nie do końca wiesz, o co chodzi, dopiero z czasem zaczynasz łapać to, co ktoś miał na myśli. Ale to odwieczny problem zderzenia zamiarów artysty i indywidualnej percepcji odbiorcy.

Trafiłam na opinię na temat twórczości WDA, że to jest droga przetartym przez KAMP! szlakiem muzyki elektronicznej w Polsce.

Radek: Jakby nie patrzeć – tak właśnie jest, bo Kamp! przecierał te pierwsze szlaki w naszym kraju, oczywiście w tym nowoczesnym wydaniu. Łatwo jest wrzucać wszystko do jednej szuflady: skoro to jest muzyka elektroniczna, a pierwszy był Kamp!, to znaczy, że inni ich kopiują. Tak oczywiście nie jest, a przynajmniej nie zawsze.

Podobno Tomek Makowiecki idzie szlakiem Kampu…

Radek: To akurat prawda (śmiech).

Lewy: Kamp! był jedynym zespołem, który szeroko się wybił. Jeśli powstaje nowa marka, gdziekolwiek, nie tylko w muzyce, to są ludzie, którzy chcą to skopiować, żeby osiągnąć sukces, a część ludzi chce pójść tą drogą, bo ten pierwszy zespół otworzył im oczy na to, że można grać muzykę inaczej. Że, tak jak w moim przypadku, można odstawić gitarę, zająć się syntezatorami albo superprostym przetwarzaniem dźwięków.

Radek: Szczególnie przy okazji Whirls, gdzie odjechaliśmy trochę w swoją stronę. Faktycznie, ta pierwsza Epka (Glimpse) była chyba najbliżej Kamp!, a już na pewno Tears From The Sun. To taki kawałek, który mógłby, po lekkich zmianach, znaleźć się na debiucie Kampu. Ale właśnie: zaczęliśmy w ten sposób, ale szukaliśmy własnej drogi i chyba na dobre nam to wyszło.

Dojrzeliście. Lewy odszedł od gitar na rzecz syntezatorów. Myślicie, że za jakiś czas znów zmienicie kierunek, w którym będzie podążać wasza muzyka? Na przykład jazz?

Lewy: Myślimy o rocku progresywnym (śmiech).

Radek: Zrobiliśmy płytę, która jest dość spójna, pracowaliśmy nad nią przez ostatni rok. Co będzie dalej – na razie nie wiemy. Myślę, że będą zmiany, nawet już o tym rozmawialiśmy, że dalsze brnięcie w te brzmienia nie do końca jest dobre.

Lewy: Na pewno będzie to muzyka, która będzie wynikała z naszych doświadczeń, a także z naszych ograniczeń.

Radek: Będziemy chcieli coś zmienić, żeby nie utonąć w tej samej estetyce. Natomiast jeszcze nie wiemy, jaką drogą pójdziemy.

Lewy: Z czarnych klawiszy wbijemy w białe (śmiech).

Wiemy, jak funkcjonuje teraz rynek muzyczny: nabijanie hajpu na facebooku, publikacje na serwisach streamingowych. Macie dwuletni staż i jak to wyglądało? Pierwsze wypuszczanie kawałków, koncerty, pierwsze kroki – jak to wygląda z waszej perspektywy? Działacie intuicyjnie, czy ktoś wam te „strategie” układa?

Radek: Nie uważamy naszej muzyki za produkt, także nie szukamy jakiś wymyślnych strategii, nie tworzymy sztucznego szumu wokół zespołu. Można robić muzykę i konkretnie się ukierunkowywać. A można działać jak najbardziej intuicyjnie. Oczywiście nie udajemy, że nam na tym nie zależy – nam jak najbardziej zależy na tym, żeby ludzie przychodzili na koncerty i tę muzykę odbierali… dobrze. Natomiast nie mamy żadnych „myków” i stałych działań, które pozwolą zwiększyć ilość lajków na FB.

Czy to jest w ogóle wymierne? Niektórzy zwracają na to uwagę: ja mam 40 tysięcy, on 60. Czy to w ogóle może cokolwiek pokazać? Lajki, udostępnienia? W pewnym stopniu na tym to polega: socialmediowy hajp.

Radek: Zależy, jakich używa się środków. Jeśli do zdjęcia dorzucimy małego kotka, to wiadomo, że ilość lajków będzie 10 razy większa niż normalnie. Tylko to działanie papierowego tygrysa. Temu, co ważne, czyli całemu kontentowi – w tym wypadku muzyce – takie kliknięcie nie przełoży się na to, że nagle na nasz koncert przyjdzie 10 razy więcej ludzi.

Lewy: Chyba że plakatujemy scenę takimi zdjęciami.

Radek: To jest jakiś myk.

Lewy: I przebierzemy się za koty.

Radek: A tak poważnie… to ma znaczenie i nie ma znaczenia.

Lewy: Jednak zwraca się na to uwagę, niestety. Zaczęliśmy grać w dobie internetu, publikowało się muzykę na odpowiednich stronach: Myspace, Last.fm. Jak miałem pierwszy zespół, to sprawdzałem, ile osób zapisało się na koncert. I faktycznie, był taki okres, gdzie ta liczba, plus minus 20 procent, dawała liczbę osób, które przychodziły. Facebook też przez pewien czas był takim wyznacznikiem tego, ile osób może cię znać, może cię słuchać. Teraz chyba trochę jest tak, że zdarzają się sytuacje, że mało osób zapisuje się na koncert, a przychodzi o wiele więcej.

Albo odwrotnie.

Lewy: To są liczby. Jak się pojawiają, to daję konkretny obraz czegoś, chociaż też nie do końca.

Radek: Wiadomo, że jak się poznaje jakiś zespół, to zaczyna się od polubienia ich strony na fejsie, wejścia na soundcloud. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to ilość fanów/odsłuchów. Na tej podstawie tworzymy sobie obraz tego, czy zespół jest popularny, czy nie.

Lewy: To jest prosta matematyka. Można nie zwracać uwagi na to, ile ma się fanów i mieć to totalnie w dupie, ale jak pojawiają się cyfry – mimowolnie zaczyna się proces analizowania i przeliczania. Może to być kompletna ściema, np. jak w przypadku zespołu Twilite. Swojego czasu zdobył bardzo dużo fanów na FB przez to, że ludzie szukali w necie filmu Twilight. Wyszło fajnie, bo część osób zainteresowała się muzą i poznała zespół.

Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z Rubber Dots. Wydali właśnie debiutancką płytę. Anka powiedziała, że kreowanie wizerunku zachodzi oddolnie, w sieci, przez zespół, bo to nie są lata 90, nie ma już wielkich wytwórni, rekinów rynku. Trzeba się napracować własnymi rękami, żeby zyskać sławę i rozgłos.

Radek: Uważam, że są dwie drogi. Pierwsza – lepsza – to grać dobre koncerty. Zawsze jest tak, że nawet, jeśli ktoś przyjdzie na koncert nieznanej mu grupy i usłyszy dobry występ – będzie chciał zespół poznać. Poleci ten zespół znajomym, wróci na kolejny koncert. Uważam, że to absolutnie kluczowa sprawa, jeśli chodzi o zespoły niezależne.

Lewy: To faktycznie jakieś rozwiązanie. Można też grać dobry koncert, ale można grać złą muzykę. Znam także inne przypadki. Był taki polski zespół, który grał bardzo dobrze, muzycy byli super rozegrani, ale odeszło dwóch przystojnych panów z tego zespołu. Z racji tego, że byli przystojni na ten koncert przychodziło mnóstwo dziewczyn. Chłopcy zostali zastąpieni przez mniej przystojnych a dziewczyny przestały przychodzić.

Skończyły się złote czasy?

Lewy: Skończyły się złote czasy pełnych sal, rozpadł się też sam zespół.

Radek: Mówiąc o koncertach nie mam na myśli nawet samej muzyki, tylko cała oprawę, energię, kreację sceniczną.

Miałam okazję porównać teraz dwa koncerty, na które czekałam. FKA Twigs i Cheta Fakera w Krakowie. FKA była fenomenalna: rozmawiała z fanami, miała świetną energię, chociaż spodziewałam się raczej, że „wejdzie i wyjdzie’, a jest niesamowita. Z kolei Chet, mimo mojej całej sympatii, ogromnie mnie rozczarował. Wyszedł na scenę, zaśpiewał swoje najbardziej znane kawałki, pogibał się, koncert trwał 40 min, co jest trochę zabawne. I tyle.

Radek: Może mu się nie chciało!

Dzień wcześniej grał w warszawskim Soho i po trzech piosenkach zszedł ze sceny na 15 minut. Wrócił, zagrał kilka kawałków i koniec koncertu. Przyszedł, zrobił swoje, wyszedł.

Lewy: Są oczekiwania publiki i jest wypowiedź artysty.

Radek: Wiesz, on na przykład GRAŁ. A FKA… ponoć wokal leciał jak z playbacku. Ale wiem, o co ci chodzi. Ona robi po prostu show. Jest nie tylko wokalistką, ale też tancerką, jest osobowością sceniczną. Nikt od niej nie oczekuje, że będzie śpiewać najlepiej na świecie, liczy się energia.

Wiesz, ja w ogóle byłam zaskoczona, że ona tak dobrze brzmi na żywo. A wydaje mi się, że to nie był playback.

Radek: To nawet nie musiał być full playback, mógł być to pół playback, że trochę pospekuluję. Jest zespół, którego koncerty bardzo lubię, a wydaje mi się, że więcej tam udawania niż śpiewania. Jest to Moderat, a wokale Sashy na koncertach brzmią dokładnie tak, jak na albumie. To przecież nie jest wybitny śpiewak, ale mnie to nie interesuje, bo energia sceniczna, konwencja elektronicznego live actu dobrze się sprawdza w takim kontekście.

Pamiętam, jak byli suportem przed Radiohead kilka lat temu, zaraz po wydaniu pierwszej płyty. Kiedy przesłuchiwałam album w domu, przed koncertem, jakoś mnie to nie do końca porywało. Natomiast koncert, nagłośnienie, ich energia – po Poznaniu absolutnie się zakochałam w ich muzyce.

Radek: No, a teraz grają wielkie trasy i są jednym z lepiej prosperujących zespołów.

Czego się najbardziej obawiacie, jeśli chodzi o waszą ścieżkę kariery?

Lewy: Obawiamy się tego, że ktoś nazywa tę ścieżkę karierą.

Radek: Nie myślimy o tym. Wychodzimy z założenia, że muza jest najważniejsza.

Lewy: Jedyne, o co się boimy, to zdrowie (śmiech). No bo wiesz, jak będziemy chorzy, to nie będziemy mogli grać, nie będziemy mieć na to energii.

Radek: Przykładanie słowa kariera do tego, co się dzieje w większości tzw. alternatywnych zespołów, to zbyt grube słowo. Oczywiście ze swojej perspektywy mogę mówić, że to jest po prostu robienie czegoś, co się lubi. A jeśli za tym idą jakieś owoce, to już w ogóle super. To jest potrzebne, sukces, który napędza dalsze działania. Jeżeli zespół wierzy w to, co robi, wkłada w to mnóstwo serca, a nic z tego nie wynika – po jakimś czasie pojawia się frustracja.

Lewy: Problem pojawia się, kiedy przeznaczasz całe życie na muzykę. Jeśli decydujesz się żyć z muzyki, konieczna jest świadomość tego, że musisz wykonać bardzo potężną pracę albo mieć smykałkę do pisania ogromnych hitów, które pozwolą ci na zarabianie kasy. Moje życie wygląda tak, że mam stałą pracę, która jest moim głównym źródłem utrzymania, więc nie mam jakichś większych oczekiwań. Jasne, to super miłe, jak ktoś pisze, umawia się na spotkania, przychodzi na koncert – to łechce próżność. Fajne jest to, że zrobiło się coś, co podoba się innym. W Polsce trudno poświęcić się muzyce, szczególnie, jeśli gra się nieradiową muzykę. Taka jest prawda – jeśli nie puszczają cię w radio, nie zarabiasz pieniędzy i po prostu się z tego nie utrzymasz.

Radek: Ewidentnie musi być splot kilku sprzyjających okoliczności. Kamp! trafił w kilka punktów na raz i nie ukrywam – dzięki temu mogę żyć z muzyki. Ale jest to mnóstwo szczęścia, wymaga ogromu pracy i konsekwencji.

Istnieje życie poza sceną i studiem?

Lewy: Ojej, jak to brzmi! Jakbyśmy byli cały czas na scenie i w studio. Pewnie, że istnieje.

Radek: Ja jestem rozpięty między dwoma zespołami i działaniami wydawniczymi, więc trudno mi powiedzieć. Ale tak, jak najbardziej istnieje. Jak tylko jestem we Wrocławiu, staram się odseparować od wszelkich wpływów zawodowych, chcę odpocząć. Chociaż oczywiście to bardzo trudne ze względu na dostępność do netu 24/7.

Odkąd mamy smartfony, w ogóle nie ma poszanowania czyjegoś czasu i podzielenia go na służbowy i prywatny.

Radek: Jasne, przecież cały czas „musisz” być dostępna.

Wyciszenie się jest dość trudnym taskiem.

Radek: Właśnie. Jak pojechałem na urlop, to klepałem maile.

Lewy: Można wyłączyć telefon.

I kompa.

Radek: Niee no, bez kompa to ciężko. Trzeba przyznać, że jeżeli nie komputer, to chociaż iPad.

Lewy: Za chwilę wejdą zegarki z aplikacjami, tego nie wyłączysz.

Radek: To znak tych czasów: nie ma dwóch odseparowanych sfer i podziału na świat pracy i odpoczynku. To wszystko jest ze sobą spięte. No ale przecież pracując, można odpoczywać, a zarabiając, dobrze się bawić. Nie mogę narzekać.

 

 

Na ostatni koncert trasy BRENNESSEL ON TOUR zapraszamy 19/12 do warszawskiej Stodoły!

Przypominamy też wywiad z KAMP!

 

 

 

 

rozmawiała: Kasia Kępka / example.pl

zdjęcia: materiały prasowe