Prawdziwa artystka i legenda. Dziewczyna o wielkich marzeniach i ogromnym talencie. Miłośniczka jazzu, zakochana w Tonym Bennecie, którego uważała za swojego największego idola. Krucha kobieta, która pogubiła się w przytłaczającej ją sławie i toksycznej miłości. Głos pokolenia, który zamilkł zbyt szybko. Amy Winehouse.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać, wchodząc do kina na projekcję filmu Amy reżyserii Asifa Kapadii. Sala kinowa była przepełniona, usiadłam więc na rozkładanym krześle gdzieś z boku. Przez ponad dwie godziny nie mogłam oderwać oczu od ekranu.

Kojarzyła nam się z burzą wysoko upiętych włosów, mocnym makijażem, nieprzeciętnym głosem i poważnymi problemami ze swoim zdrowiem. W kinie zobaczyłam młodą, uśmiechniętą dziewczynę. Niezwykle ciepłą, serdeczną, która nie do końca potrafiła poradzić sobie ze swoimi emocjami.

Była, wciąż jest prawdziwą ikoną. Tysiące dziewczyn naśladowały jej styl, gwiazdy chciały z nią występować, zazdrościły jej umiejętności, miliony śledziły jej życie prywatne. Trudno jest teraz obiektywnie spojrzeć na jej historię, powstrzymać emocje i komentarze, kiedy widzi się nagrania ojca, żerującego na sukcesie córki. Kiedy obserwuje się zdjęcia Amy i jej męża, który pokazał jej, czym są narkotyki, doprowadził do jej powolnej śmierci.

W filmie słyszymy głosy jej najlepszych przyjaciół, którym łamie się głos, kiedy opowiadają o beznamiętności Mitcha i negowaniu problemów Amy. O błaganiu o pomoc.

Film Amy to doskonale zmontowany portret Winehouse, pokazujący, jaką drogę przeszła. Czy wszystko skończyłoby się inaczej, gdyby chociaż raz została wysłuchana i miała wsparcie od osób, które najbardziej kochała?

Podczas projekcji kilka osób wyszło z sali. Cała reszta w skupieniu oglądała film, czuć było wzruszenie i powagę. Po wszystkim wróciłyśmy do samochodu i musiała minąć naprawdę długa chwila, zanim mogłyśmy zacząć rozmawiać o tym, co zobaczyłyśmy. O skromnej dziewczynie, która swoją muzyką kradła nam serca.