"To była moja inicjatywa, wzięli wszystko jak leciało" wywiad z Patrykiem Mogilnickim

Absolwent poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych, której jako student pozostawiał wiele do życzenia. Stanowczy, zdystansowany, od zawsze świadomy swoich wyborów, stroniący od chałtury ilustrator i grafik. Ilustracyjnie debiutował dla miesięcznika Max i Filmu jeszcze w latach 90. Dziś jego prace, to wizytówka dla wielu znanych polskich tytułów publicystycznych i nie tylko. Jego dorobek artystyczny oglądać można w prestiżowych albumach najciekawszych ilustracji z całego świata. Na punkcie sitodruków przedstawiających postaci popkultury i tych lekko prześmiewczych, kpiących z otaczającej nas rzeczywistości, szaleją tysiące. Patryk Mogilnicki, artysta z dużym bagażem doświadczeń i jeszcze większym portfolio rozmawia z nami m.in. o początkach, komercji, zamiłowaniu do komiksów i polskiej ilustracyjnej rzeczywistości.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z ilustracjami?

Ilustracją na poważnie zająłem się po studiach. Niestety poznańska ASP nijak nie przygotowywała cię do otaczającej rzeczywistości. Więc trzeba było ostro główkować żeby nie trafić z jednej strony do reklamy z drugiej do pustelni, wystawiając obrazki do końca życia u dominikanów. Zacząłem rysować swój cykl Fantasmagorie, bo z komiksem zawsze czułem się dobrze. I wysłałem go do polskiego wydania miesięcznika Max. Bardzo im się spodobał i wydrukowali pierwszy odcinek, po nim następne. Zrobiłem im też kalendarz i kartkę na święta. Wszystko za bardzo dobre pieniądze i bez żadnych poprawek czy sugestii. To była moja inicjatywa, wzięli wszystko jak leciało. To był rok 1999 lub 98. Potem wymyśliłem historyjki z kotami, interpretacje filmów i wysłałem to do Filmu, mimo iż z tego co pamiętam nie było tam żadnych rysunków, a już na pewno nie było historyjek obrazkowych czy komiksów. Podchwycili pomysł i zacząłem kilkuletnią przygodę z Filmem. Te dwa epizody nastroiły mnie optymistycznie i zacząłem próbować szerzej. Do dziśpamiętam nazwiska tych dwóch pierwszych osób od których zaczęła się moja droga ilutratora. Nigdy ich nie spotkałem, nawet nie wiem jak wyglądają. Były to czasy kiedy rysunki wysyłało się tradycyjną pocztą. Tomasz Drzewiński z Maxa i Katarzyna Gintowt z Filmu. Dziękuję!

Czym różnią się prace, które powstają teraz od tych pamiętających jeszcze czasy studenckie?

Wszystkim. Przede wszystkim na studiach uczysz się robić pewne rzeczy. Poznajesz techniki, siebie i otoczenie. Czasami ktoś ci w tym pomoże, częściej jednak przeszkodzi. Jest to jednak też jakaś nauka. Kiedy już wiesz jak co zrobić zaczynasz zastanawiać się co zrobić. A żeby to miało jakąś konkretną wartość niezbędny jest jakiś bagaż doświadczeń, przemyśleń, prób i błędów. To przychodzi z czasem.

Twoja uczelnia, ASP, miała silny wpływ na to, co teraz tworzysz? Czy wręcz przeciwnie – prace na zajęcia nie miały związku z Twoimi zainteresowaniami?

Ciężko powiedzieć na co miała wpływ uczelnia. Moim wyborem było studiować grafikę warsztatową i ją studiowałem, moim wyborem było później zająć się ilustracją i nią się zajmuję. Nie studiowałem ilustracji, nie uczęszczałem do tej pracownii, więc nie udało im sięmnie zniechęcić i z przyjemnością zajmuję się tym dzisiaj. Prace na zajęcia miały jak najbardziej związek z moimi ówczesnymi zainteresowaniami. To były świadome wybory, by uczęszczać do pracowni linorytu czy technik metalowych. Nie rozumiem tylko, dlaczego ich kosztem (bo pracownie graficzne zaczynały się na drugim roku, więc trwały de facto 4 lata) miałem 6 rok rzeźby (5 lat liceum plastycznego + obowiązek na pierwszym roku studiów)? To była jakaś kompletna bzdura i strata cennego czasu. Na 3 roku nagle się obudzili i zmienili reguły gry, by przetasować pracownie graficzne tak by każdy studiował wszystkie, więc musiał zmienić te wybrane wcześniej na dwie nowe, inne. W rezultacie powstał jakiś chaos i świadomość absurdu, że czasu jest za mało, by zająć się tymi wymarzonymi skoro na barkach ciążą ci cały czas klimaty typu malarstwo, techniki malarskie, fotografia i inne. A do tego zatrważający brak autorytetów, tj. ludzi których chce się słuchać i od których chce się czegoś uczyć, widząc to kim są i co sobą reprezentują nacodzień. Na szczęście było też kilka z którymi obcowało się na poziomie i które były w stanie wyartykuować i przekazać interesujące treści w sposób zrozumiały i serdeczny, co dla młodego człowieka jest jednak bazą. Bez nich naprawdę byłoby słabo. Dużo ważniejsze było dla mnie Liceum Plastyczne im. Piotra Potworowskiego w Poznaniu, moi przyjaciele z którymi dorastałem, mój zespół, plenery, etc.

Co lubisz w projektach komercyjnych?

Nie za bardzo rozróżniam projekty komercyjne od niekomercyjnych, bo przy jednym i drugim robię jednak to, co chcę i walczę o swoją wizję. Kiedy zwraca się do mnie klient, odsyłam go zawsze na moją stronę by utwierdził się w swojej decyzji. To zaoszczędzi nam nieporozumień. Proszę by wybrał sobie styl z mojej strony lub wskazał konwencję dla swojej okładki, storyboardu czy reklamy i zdarza się, że na tym etapie kończy się nasz kontakt. Zwłaszcza z osobami z branży reklamowej. Czasami wydaje się ludziom, że rysownik to ktoś kto narysuje ci wszystko za co zapłacisz. No ja jednak nie jestem taką osobą. Robię to, co potrafię i to, co lubię. Oczywiście kompromisy się zdarzają i często są nieuniknione. Pytanie, na ile pozwolisz ingerować w coś czego jesteś pewien a na ile np. nie jesteśczegoś pewien i warto wysłuchać drugiej strony. Może warto czasami spróbować czegoś nowego? Może można ugrać coś inaczej, może na około? Jako przykład mogę podać sytuację z pewnym magazynem, do którego na samym początku zaproponowałem dosyć oryginalne, żeby nie powiedzieć awangardowe rysunki jak do tak dużego tytułu, który styl ilustracji miał już określony na przełomie wielu lat. Odmowa była czymś naturalnym. Wystartowałem więc u nich z ilustracjami bardzo jak na mnie realistycznymi z których też czerpałem sporo frajdy. Jednak w każdej kolejnej, podświadomie próbowałem czegóś nowego, przemycałem elementy, które mnie jarały, a były to często te z tego pierwszego odrzuconego projektu. W przeciągu dwóch lat przemyciłem ich tyle, że powstała ilustracja w konwencji jaką zaproponowałem na samym początku. I ta ilustracja została zaakceptowana. Oko się przyzwyczaiło. I poczułem naprawdę sporą satysfakcję, że byłem cierpliwy. I że wszystko co wydarzyło się po drodze też miało swoją wartość i było inspirujące.

Co odróżnia komercyjne ilustracje od tych tworzonych od początku do końca zgodnie z Twoim zamysłem?

Czasami ograniczenia działają inspirująco i motywująco. Trzeba się przełamać, zrobić coś innego, ale jednak w zgodzie ze sobą. Więc warto się czasem pogimnastykować przy zadanym temacie, niż wymyślać ćwiczenia samemu. Często te zadane rzeczy są na tyle inspirujące, że chce mi się je rysować i kontynuuować prywatnie. Najkrócej jakbym miał odpowiedzieć, to tak, że jedne i drugie powstają w zgodzie z moim czuciem a jedynym dopuszczalnym efektem jest bycie zadowolonym i usatysfakcjonowanym z rezultatu. Można to osiągnąć zarówno na swoich zasadach jak i na cudzych, o ile oczywiście mieszczą się w sferze wyzwania a nie w strefie mroku.

Jak długo powstaje projekt? Pomysł od razu równa się realizacja?

To wszystko zależy od tego ile czasu ma się na zrobienie danej rzeczy. Na przykładzie prasy można to szybko wyodrębnić. Inaczej pracują tygodniki, inaczej miesięczniki a jeszcze inaczej kwartalniki. Czasami masz na coś dwa dni, czasami pół roku. Trzeba to sobie poukładać. Najbardziej komfortowa sytuacja to taka, w której czytasz dany tekst na spokojnie, w trakcie już pojawiają ci się jakieś pomysły, albo i nie. Zostawiasz to wtedy w sobie, robisz coś innego, jedziesz tramwajem, idziesz na pływalnię. To do ciebie wraca. Coś z tego powstaje, ewoluuje. Pojawia się jakaś wizja. Wolę ją wtedy rozwijać na bieżąco, na docelowym obrazku, niż robić szkic, którego trzeba się jednak jakoś sztywno trzymać, kiedy już pokazało się go klientowi. Czasami ktoś jednak chce szkic i już przyzwyczaiłem się do tego, by nie histeryzować z tego powodu. Jest to zawsze jakieś urozmaicenie. Co w tej robocie jest dosyć istotną kwestią. By robić rzeczy nowe i sprawdzać różne tropy. Fajnie mieć komfort czasu i budżetu, by rysować coś w momentach, kiedy naprawdę ma się na to ochotę. Ale z doświadczenia wiem, że rezultat może być równie dobry a czasem nawet lepszy, kiedy coś powstaje w warunkach stresogennych. Kiedy działasz szybko i instynktownie, kiedy jesteś w jakimś amoku. Nie jest to może zbyt przyjemne, ale kiedy zejdzie ci zmęczenie nagle dostrzegasz że doszedłeś do czegoś nie do końca uświadomionego, ale bardzo satysfakcjonującego. Do czego nie było innej drogi.

Czym jest dla Ciebie fakt umieszczenia Twoich prac w prestiżowych albumach najciekawszych ilustracji z całego świata?

Jakimś potwierdzeniem, że nie jestem sam i że jeszcze nie zwariowałem. I że to, co robię ma jakąś wartość. To bardzo miłe. Szczególnie kiedy znajdujesz się w jakiejś naprawdę fajnej publikacji w doborowym towarzystwie. W czymś takim, co i tak chciałbyś mieć niezależnie od twojego uczestnictwa. W Polsce nie było jeszcze takiego wydawnictwa podsumowującego współczesną ilustrację. Co ciekawe na zachodzie zawsze wybierają te prace, które są mi najbliższe i z których byłem szczególnie zadowolony, a które u nas jakimśtrafem wydały się zbyt smutne lub kontrowersyjne.

Czego w kontekście Ciebie jako artysty, wystawiania ilustracji, sprzedawania ich, brakuje Ci na polskim rynku?

Hm, generalnie odczuwam brak jakiegoś opiniotwórczego medium, które stałoby np. m.in. na straży tego, że plagiat w ilustracji jest zwykłym plagiatem i powinno się go piętnować jak każdy inny. Mamy obecnie kryzys w branży prasowej, stawki za ilustracje są dużo niższe niż klka lat temu. Klient woli zatrudnić twoją tańszą czy darmową kopię niż oryginał. Wychodząc z założenia, że rysunek to przecież tylko jakaś zapchajdziura. Ma być ładnie, kolorowo i za darmo, a będzie git. Nikt na to nie zwróci uwagi. No ktoś jednak tę uwagę zwrócić powinien.

Plakaty, ilustracje do gazet, książek, czy jeszcze inna forma? Z którą z nich finalnie czujesz się najlepiej?

Lubię wszystkie te formy. Plus jeszcze komiks, który jest mi bardzo bliski. Oraz wykonywane przez mnie sitodruki na bazie moich prac, czyli cały etap drukowania. Gdzie od ciebie zależy na jakim papierze to powstanie, jakie kolory zmieszasz, etc. W tym fachu bardzo ważna jest różnorodność. Sporą rolę odgrywa również klient, dla którego daną rzecz wykonujesz, im bardziej ci ufa, tym fajniejsze rzeczy mają prawo się wydarzyć. Jeżeli od początku instynkt podpowiada ci, że coś się nie zgadza, lepiej to w to nie wchodzić i nie tracićczasu na przepychanki.

Jakie masz plany na przyszłość? Czego możemy się spodziewać w nadchodzącym roku?

Moje grafiki pojawią się w dwóch polskich filmach fabularnych. Jednym z nich jest obraz Jerzego Skolimowskiego. Podobno plakaty w jednej scenie odgrywają dosyć wyraźną i ważną funkcję wizualną. Jestem tego bardzo ciekaw. W drugim wykorzystane zostały Fantasmagorie jako element wnętrza pewnego gabinetu. Bardzo mnie to cieszy, bo z filmem od zawsze czuję się bardzo zżyty. Co do innych rzeczy, sam chciałbym wiedzieć. Jest to zawód dosyć nieprzewidywalny. Uzależniony od wielu rzeczy na które nie masz wpływu. I ta nieprzewidywalność jest dosyć męcząca. Chciałbym więcej stabilizacji i wewnętrznego spokoju.

 

Grafiki dostępne na pakamera.pl

 

Rozmawiała: Iza Gawelowicz
Zdjęcia: własność artysty