Udowadnia, że wcale nie trzeba robić kariery w atmosferze skandalu, żeby odnieść sukces. Czaruje naturalnością i delikatnością, hipnotyzuje publikę swoim fantastycznym, miękkim wokalem. Marcelina. Niedawno wydała drugą płytę, Wschody/Zachody, teraz koncertuje po całej Polsce. Wpadła do redakcji Example w odwiedziny i pogadałyśmy trochę o jej płycie, polskiej muzyce, o warszawskim życiu z zegarkiem w ręku, o Wrocławiu i o tym, że nie można dać się zwariować.

Femi Pleasure_fot. Krzysztof Mossakowski

 

Kim jest Marcelina?

Marcelina, dziewczyna z Cieszyna – po prostu. Zwykła dziewczyna, która nie poddała się temu, że ktoś jej powiedział, że ma czegoś nie robić i biegła za swoim marzeniem.

Domyślam się, że tym twoim marzeniem, króliczkiem, za którym biegłaś, jest dokładnie to miejsce, w którym jesteś teraz. Kiedy to marzenie się narodziło? Jak to się stało, że zdecydowałaś się na właśnie taką drogę kariery?

Jako pięciolatka byłam rozerwana między medycyną a muzyką! Moja mama jest stomatologiem i podobał mi się ten zawód. Siedziałam u niej w gabinecie, dłubałam w tych odlewach i jakoś nigdy mnie to nie obrzydzało. Mama była dumna i myślała, że pójdę w jej ślady, ale później pojawiła się muzyka. Jestem z Beskidów, z Cieszyna. Muzyka jest więc obecna w tradycji, piękna, etniczna, góralska jest wszędzie i te inspiracje można było czerpać od dziecka. Starałam się „wpychać” tam, gdzie obecna była sztuka i – mimo że nie ma wielu możliwości w małych miastach – chodziłam na wszystkie kółka zainteresowań, amatorskie teatry, później do szkoły muzycznej. W gimnazjum i liceum trzeba było wybierać fakultety: biologia, fizyka, jednak wcale mi to jakoś nie szło, nie chciało mi się temu w ogóle poświęcać. Myślę, że ten czas liceum, to był ten moment, kiedy się zdecydowałam. Odpuściłam zakuwanie, zdałam maturę z WOSu, zaczęłam dużo wyjeżdżać do Wrocławia na warsztaty muzyczne, poznałam dużo ludzi zajmujących się muzyką, miałam kontakt z wykładowcami z Akademii Muzycznej, wymienialiśmy się płytami, mogłam w końcu rozmawiać z ludźmi o podobnych zainteresowaniach muzycznych. Po maturze przeniosłam się na stałe do Wrocławia, a jednocześnie studiowałam zaocznie na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Co Cię kształtuje jako artystkę? KTO Cię ukształtował jako artystkę?

Zaczęłabym od Wrocławia: to środowisko, które jest bardzo mocne, jeśli chodzi o muzykę alternatywną. Pierwsze osoby, które miały na mnie wpływ, to na pewno Dawid Korbaczyński, Natalia Grosiak. Dzięki nim tak naprawdę zaczęłam szukać czegoś swojego, w końcu śpiewanie coverów jest super, to fajna lekcja śpiewu, ale przyszedł czas, żeby robić coś na własny rachunek. Zaczęłam sama kombinować, przygrywać na gitarze, no i właśnie wtedy powstała pierwsza piosenka, There’s no one. Teraz dużym krokiem była przeprowadzka do Warszawy i to, że tutaj mam zespół. Robert Cichy, z którym jestem w zespole i jego żona, Ola Cichy – moja menadżerka – to osoby, z którymi bardzo blisko się przyjaźnię i z którymi się nawzajem napędzamy. Robert jest doświadczonym muzykiem i to jest dla mnie wielkie wyzwanie, że pracuje ze mną, jednocześnie współpracując z artystkami, które osiągnęły więcej ode mnie. Cały czas się nawzajem nakręcamy, opieprzamy, kłócimy, ale to jest potrzebne. Mnie też trzeba czasem trzepnąć, żeby coś do mnie dotarło. Kształtują mnie ludzie, z którymi pracuję, a zawsze wybieram takich wymagających, którzy jak będzie potrzeba kopną mnie w tyłek i popchną do przodu. Z takimi jest dobrze i wiem, że z nimi daleko zajdę.

Czym Twoja druga płyta różni się od tej debiutanckiej?

Na pewno różni się moim doświadczeniem, które przekłada się na brzmienie. Przy pierwszej to wszystko było takie… nowe. Pierwsze zetknięcie się z producentem, praca w studio – słyszysz się pierwszy raz w swoich kawałkach i to ty tworzysz klimat piosenek. To trudne i na początku nawet śmieszne, ale te dwa lata intensywnego koncertowania pokazały mi, co w sobie lubię, w czym się dobrze czuję, a w czym gorzej i czego już nie chcę. Do pierwszej płyty mam sentyment, jest fajna, ale czułam, że chcę nagrać drugą. Dużo osób się pytało, czy ta druga to stres, że trzeba potwierdzić swój sukces.

Właśnie miałam o to zapytać…

Trochę wyprzedzam (śmiech). Przy tej drugiej płycie nie mogłam się doczekać, kiedy wejdziemy do studia. Naturalnie wyklarowało się, z kim będę przy niej pracować, bo gdzieś pomiędzy zrobiliśmy też EP-kę, na której były remiksy i jeden z nich zrobili Kuba Galiński i Robert Cichy. Już wcześniej podobały mi się klimaty, w których oni krążą. Jak usłyszałam remiks do Znikam, który oni zrobili, od razu pomyślałam, że będę pracować z właściwymi osobami, bo świetnie czują ten klimat. Od razu się spotkaliśmy: EP-ka wyszła w grudniu, a my zaczęliśmy pracę nad materiałem na nową płytę w styczniu. Na początku było trudno: mega depresja przez tę długą zimę, zero pomysłów. Szczęśliwie potem przyszła wiosna i dodała nam takiego poweru, że to wszystko powstawało bardzo szybko, było wieeele pomysłów. Jest to po prostu materiał, który wyszedł nam naturalnie. Tym razem też teksty pisałam sama, bo wcześniej pomagała mi Natalia Grosiak. Zaprojektowałam też okładkę.

Czyli nie miałaś tremy przed drugim albumem?

Nie miałam tremy związanej z potwierdzeniem debiutu, natomiast miałam tremę z innego powodu. Był taki moment, kiedy cierpiałam na totalny brak weny i to mnie trochę zdołowało. Bałam się, że postanowiliśmy to wszystko zrobić sami, a tu nagle nie mam pomysłów. Stwierdziłam jednak, że musimy dać sobie czas. Mam wrażenie, że jak człowiek żyje przez cały czas w bardzo szybkim tempie i nagle spowalnia, to wydaje mu się, że osiadł na laurach, że nic nie robi. Ale nie. Czasem trzeba sobie odpuścić, wyciszyć się, zmienić klimat. To pomaga. Tak właśnie zrobiliśmy: każdy gdzieś wyjechał, odpoczęliśmy od siebie i po powrocie, jak weszliśmy do studia, nagle pomysły same zaczęły się sypać.

Marcelina_fot. Bartek Szmigulski

Nagrałaś duet z Rogucem. Wiem, że cenisz go jako artystę, jednak trzeba przyznać, że są ludzie, którzy do Piotra Roguckiego nie są przekonani, mówi się o grafomanii Roguca, o sprzedaniu się przez występ u Kuby Wojewódzkiego. Nie bałaś się tego, że Wasza współpraca wywoła falę krytyki?

Nie wiem co ma piernik do wiatraka. Program Wojewódzkiego ma dużą oglądalność. To, że artysta promuje swoją płytę w mediach to chyba normalne. U Wojewódzkiego była też Mela Koteluk, Ania Rusowicz czy znani i cenieni aktorzy i nie rozumiem co w tym złego, że człowiek promuje swoje dzieło. Pokaż mi jakiś program poświęcony tylko muzyce gdzie artysta może przyjść i promować swoją muzykę, opowiadać o inspiracjach itd. Nie ma takiego. Wszędzie muzyka stanowi dodatek. Zespół gra na napisach końcowych albo z playbacku, albo na żywo, ale tylko minutkę, bo na tyle pozwala czas antenowy. A jaka piosenka trwa minutę? Żadna. Trzeba skracać i nie oddaje się w pełni emocji.

Inna sprawa jest taka, że ja w ogóle nie planowałam duetu na tej płycie, więc nie miałam czasu na pijarową rozkminkę.Wydaje mi się też, że artyści się w ogóle pod tym względem nie oceniają. Dziwi mnie, jak ktoś może lubić jakiś zespół, cenić kogoś, być poruszonym tą muzyką, ale kiedy ten band staje się popularny i medialny, to już nie jest fajny. Troche pozerskie podejście do sprawy. Ja lubię charakterystyczny zaśpiew Roguca i jego solowy projekt. Jest wspaniałym człowiekiem i artystą, i to jest dla mnie ważne.

Oczywiście wszystko rozumiem i się z Tobą zgadzam. Natomiast doszły mnie opinie, że Roguc oddał się komercji.

No ale powiedz mi, po co drążyć temat? Artyści żyją z tego, że są artystami. Przecież Rogucki robi to, w czym jest dobry. Gra i śpiewa. Nie przypominam sobie, by tańczył gdzieś na lodzie czy na rolkach, czy też ustawiał się na wszystkich ściankach świata. Gra na wielkich scenach i gra ciągle, więc nie potrzebuje o sobie przypominać, reklamując ścierki do garnków czy inne sytuacje tego typu.

Ja rozumiem jak ktoś się obraża na swego ukochanego artystę, gdy ten staje się niewiarygodny, np. cenisz Katie Meluę za to właśnie, że jest delikatna, wrażliwa, śpiewa łagodne teksty o miłości, a tu nagle ona rozbiera się w jakieś hardcorowej sesji do Playboya i pokazuje faka. No i nagle to już burzy ci wszystko w co wierzyłaś, słuchając jej.

Albo Agnieszka Chylińska i jej przemiana…

Ja przemianę Chylińskiej kupuję totalnie. W końcu tak, jak sama powiedziała w jednym z wywiadów – jest już „starą babą”, urodziła parę dzieci! Jak ona ma teraz skakać, obrażać nauczycieli czy zjadać gołębie i oblewać się krwią na senie? Ona przede wszystkim zmieniła swoją życiową rolę, więc myślę, że to wszystko przyszło naturalnie. W tym wszystkim chodzi przede wszystkim o szczerość i prawdę. Myślę, że Rogucki jest rozsądnym facetem. Poznałam go teraz bliżej, dużo gadaliśmy i nie mam w ogóle wrażenia, że on ma jakiekolwiek parcie na szkło. No ale tak czy inaczej: nie miałam czasu na zastanawianie się nad ewentualną krytyką ze strony fanów. Nie obserwuję go aż tak bardzo, po prostu podoba mi się jego barwa głosu – szukaliśmy pomysłu na to, żeby uzupełnić tę piosenkę, myśleliśmy o męskim wokalu. Tom Waits nie odebrał, więc wszystkim nam przyszedł do głowy Rogucki. Ma taki przepalony głos, które totalnie przełamuje mój słodki i mięciutki. Zachwycił się piosenką, podobał mu się tekst, całkowicie wpasował się w klimat tej piosenki i o to chodziło. Nic inne nie ma znaczenia.

Wschody/Zachody. Chodzi o życie na luzie, życie bez zegarka. Czy myślisz, że to jest w ogóle możliwe? W końcu każdy z nas gdzieś się spieszy…

Ja też lubię życie w biegu, nie mam wtedy czasu na zbytnie rozkminki. Mam wokół siebie ludzi, którzy też w takim tempie żyją i to nas wzajemnie nakręca. Ale myślę, że czasami warto odpuścić. Po prostu czasem przesadzamy w drugą stronę: jak mamy dwa dni wolnego, to nie potrafimy się na sobie skupić i odpocząć. Czasami fajnie jest odpuścić, przestać się zadręczać. Dwa trzy dni wyłączenia się sprawia, że jesteśmy lepsi w pracy, jesteśmy pogodni, jesteśmy dla siebie milsi, mamy większy dystans do pewnych spraw. Trzeba odpuścić te wszystkie zasady i ramki, w których jest się na co dzień. Oczywiście super, że te zasady mamy, bo dzięki nim zdobywamy cele, rozwijamy się. Ale nie dajmy się zwariować.

Mam przyjaciela we Wrocławiu, który kiedyś odwiedził mnie tutaj, w Warszawie. Ja, jak to ja, miałam sto tysięcy spraw do załatwienia, biegałam po całym mieście, ciągle z zegarkiem przed oczami. On nagle zapytał: „Czy wy naprawdę ciągle żyjecie w takim stresie i pośpiechu?” Ty mieszkałaś we Wrocławiu, teraz w Warszawie, podstawową różnicą między tymi miastami jest właśnie tempo życia. To w jakiś sposób zmieniło Twoje odbieranie świata, wpłynęło na inspiracje?

Tak, na pewno. Ja czasami jadę do Wrocławia, żeby sobie usiąść (śmiech), żeby popodziwiać ładne miejsca, spotkać się ze znajomymi, skupić się na nich. Traktuję Warszawę jako miejsce pracy, ale takie przyjemne. Wybrałam takie życie, wybrałam taki zawód. Jestem sama swoim szefem, co z jednej strony jest fajne, bo nikt mi nic nie narzuca, a z drugiej – bardzo trudne. Myślę, że pęd życia w Warszawie determinuje to, że po prostu głupio się obijać, bo skoro każdy potrafi pędzić, to ty też musisz. Fajnie jest jednak wracać do tych spokojnych miejsc. Pochodzić po górach, pobyć z mamą. Myślę, że to wszystko jest potrzebne, każda zmiana sprawia, że po prostu przestaje być nudno.

Gdybyś miała wybrać jedną osobę, z którą chciałabyś zaśpiewać, kto by to był?

Tom Waits przychodzi mi do głowy, jest taki inny, to mógłby być ciekawy duet. Chciałabym w ogóle zagrać w takim filmie Jarmuscha, z tymi wszystkimi postaciami. Wiesz, Iggy Pop, Tom Waits, usiąść z nimi, napić się tej kawy i zapalić szluga. Oglądałam ostatnio film z koncertu Bloc Party: wszyscy skakali, bawili się, niesamowita energia, świadoma fajna publiczność. A na scenie same kultowe postaci – Erikah Badu, Jill Scott, Talib Kweli i Mos def czy Bilal. Czasem gram na imprezach czy festiwalach z artystami, których w Polsce bardzo cenię. To jest super uczucie być na jednej scenie z ludźmi, których podziwiasz. Dużo się można nauczyć, sprawdzić, inspirować. Chciałabym, by takich okazji było coraz więcej i coraz to ciekawsze.

Swoją twórczością udowadniasz wszystkim, że wcale nie potrzeba żadnych talent shows, skandali i romansów, a talent i dobry materiał bronią się same. Co sądzisz o tym, jak wygląda obecnie nasz show biznes?

Jeśli mnie pytasz o ten kolorowy szoł biznes, celebryci na 5 minut nie wiadomo, skąd itd., to nie wiem sama. Traktuję to trochę z przymrużeniem oka, bo po co się tym niepotrzebnie spinać. Tak chcą, tak mają, ludzie lubią sobie pogadać, pośmiać. Choć to wszystko jest trochę przykre, bo więcej mówi o się o takiej dziewczynie, co coś pokazała za dużo i wysłowić się nie mogła niż o dobrym filmie czy płycie. Przykro mi też, jak jakiemuś fajnemu artyście robi się zdjecia w prywatnych sytuacjach, bądź jakiś niefortunnych, opatrza głupim komentarzem i wystawia na pośmiewisko, podczas gdy on ciężko pracuje nad czymś naprawdę wartościowym, ale o tym się nie mówi lub mówi zdecydowanie mniej. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Natomiast jeśli chodzi o Muzykę w Polsce, to ma się ona bardzo dobrze. Jest wiele młodych świetnych artystów i bardzo cieszy mnie fakt, że ludzie mają już dosyć tego, co słychać w popularnych stacjach i szukają na alternatywnych portalach, radiach czy programach streamingowych jak Spotify czy Deezer. Jest wielu młodych artystów wartych wyszukania albo wybicia jeszcze wyżej niż są, jak: OLY, Chłopcy kontra Basia, Biff, Twilite, Mikromusic, Bokka, Fismoll, digitall love, We call it a sound czy Chilli.

 Marcelina fot.B.Szmigulski

Muszę zadać jedno pytanie związane z Pannami Wyklętymi. Pamiętam, jak spotkałyśmy się przed twoim koncertem, miałam na niego iść, a potem znajomi powiedzieli mi: „Byliśmy na jakimś prawicowym pochodzie, wyszliśmy po 20 minutach”. Nie jest Ci przykro, jako artystce, że polityka przykryła ten projekt, mimo że w ogóle nie było takiego założenia?

To może źle trafili ci znajomi, bo na koncertach Panien Wyklętych nie ma żadnych pochodów ani umoralniających politycznych gadek. Koncert rozpoczyna reggae’owa wersja Etiudy Rewolucyjnej Chopina w wykonaniu Maleo Reggae Rockers. Później już jest tylko dobra muza i po prostu teksty historyczne. Nie rozumiem przeciągania tego projektu z lewej na prawą, o upolitycznianie denerwuję się sam ojciec projektu, Darek, który za każdym razem podkreśla, że nie jest to projekt polityczny, a artyści nie opowiadają się tu za żadną partą polityczną. Mnie akurat polityka interesuje średnio, natomiast temat bohaterów wojennych i powojennych bardzo, bo byli to ludzie walczący o wolność szeroko pojętą. Cały czas jesteśmy manipulowani przez różne polityczne kierunki, przez media itd. Walczymy cały czas, o siebie, o bliskich, o swoje racje, poglądy, pasję. Te tematy są ponadczasowe, bo pokazują, że warto walczyć, warto mówić, co się myśli, krzyczeć głośno o tym, co nam się nie podoba. Honor, odwaga, miłość, lojalność. To są ponadczasowe cechy, ważne i budujące kręgosłup moralny. Dobrze, że młodzi ludzie przychodzą na te koncerty, rozumieją te teksty. Panny Wyklete grają bardzo dużo i często, zapelniają sale na kilka tysięcy osób i są obecne na różnych festiwalach, jak choćby niedawno Luxfest w Poznaniu. Grali tam, oprócz nas, Grubson czy Luxtorpeda.

Jaki jest Twój cel jako artystki? Co chcesz dzięki niej osiągnąć, co przekazać?

Lubię zawsze pod koniec roku usiąść i podsumować, co udało mi się zrobić. I kiedy wydaje mi się, że nic takiego się nie stało, nic takiego nie osiągnęłam, nagle siadam i patrzę, że zrobiłam naprawdę wielki krok naprzód. Kiedyś myślałam inaczej: że czegoś nie umiem, że mi się nie uda. A jednak, piszę teksty, komponuję, zaśpiewałam z Rogucem, zaczęłam grać na gitarze. Mam trochę planów, które chciałabym zrealizować, chciałabym móc co roku usiąść i powiedzieć: „ŁAŁ, ile zrobiłam!”. Iść do przodu, przez cały czas, nigdy nie zastygać. Nie robię dalekosiężnych planów, bo to dla mnie trochę mija się z celem. Wolę planować na krótki dystans i widzieć efekty, które motywują mnie do tego, by działać dalej.

Ile dasz sobie czasu na to, by wejść do studia po raz trzeci?

Myślę, że musi się zdarzyć coś podobnego jak przypadku tego albumu: muszę poczuć, że mam plan, pomysł, który siedzi w mojej głowie i chcę go zrealizować. Będe wiedziała, że to TO. Nie chcę tego planować, będę czekać, aż przyjdzie samo, zamiast się stresować, że już coś powinnam nagrywać. Tego nie robi się na siłę. Ludzie czują, słuchając płyt, czy energia na niej jest dobra, czy nie i nie ma sensu napinać się, że muszę coś zrobić w określonych ramach czasowych.

Wróćmy na chwilę do młodych polskich artystów. Ja z kolei ostatnio usłyszałam, że mamy Dawida Podsiadło, mamy Marcelinę, Melę Koteluk, Brodkę, Mikromusic, robimy zajebistą muzykę, więc nie mamy prawa narzekać. Myślisz, że polska muza młodych wykonawców ma potencjał?

Jasne! Mamy duży potencjał, chociaż rzeczywiście jest tak, że te duże media cały czas puszczają te rzeczy, które były. Uczy się słuchacza, że lubi to, co już gdzieś słyszał, a nie lubi nowości. Weźmy chociaż Brodkę. Robiła rzeczy komercyjne, teraz zeszła trochę do alternatywy, przez co dziewczyny, które robiły taką muzykę wcześniej, jak Iza Lach, są porównywane do Brodki, bo to ją wypromowały duże media. Ja też jestem porównywana do Meli Koteluk, chociaż pierwsza nagrałam płytę, ale to Mela odniosła większy sukces. A wszyscy się prywatnie wspieramy, lubimy i szanujemy. Granice zniknęły, wszystko się miesza, ludzie się wzajemnie inspirują i wszystko później wychodzi naturalnie. Denerwuje mnie, że duże media zamykają pewne obszary muzyki, bo uczą słuchaczy złych nawyków, tego, że lubi się to, co już było, a skreśla rzeczy świeże albo takie, które zbyt przypominają coś innego. Są po prostu pewne nurty, zresztą powstają wciąż nowe i jest to absolutnie naturalne zjawisko.

Tak, teraz była dyskusja wokół albumu Tomka Makowieckiego, że poszedł za bardzo w stronę Kampu.

Jakby Kamp! miał monopol na takie brzmienia… (śmiech) No ale Kamp! z kolei brzmi jak ktoś inny, tak się tworzą te łańcuszki. Ta muza jest na tym świecie, każdy się sobą inspiruje i to jest w pełni naturalne. Media nakręcają dyskuję, że coś już było. Ale fajna nam młodzież teraz rośnie, bo każdy wyrabia sobie swoje własne zdanie, nie sugeruje się tym, co ktokolwiek próbuje narzucić. Kto chce, ten wie, co jest dobre i czego warto słuchać.

A czego Ty słuchasz?

Słucham różnej muzyki. Akustycznych, gitarowych dźwięków, jak Angus i Julia Stone, czy Laura Marling. Ulubionych od lat Red Hotów. Połączenie gitary i elektroniki jak Radiohead, ale ostatnio polubiłam też Banks, słucham dużo elektroniki, jak na przykład Major Lazer, Snakehips, czy Disclosure.

Myślałaś o nagraniu elektronicznej płyty?

Marzy mi się, by ulubieni artyści nurtu elektronicznego zrobili mi na przykład remix. Nie bałabym się tez kolaboracji na zasadzie bycia gościem. Ale Ja sama najlepiej czuję się na scenie, na żywo w gitarowych akustycznych brzmieniach.

No to co? Pozostaje mi życzyć niekończącej się inspiracji, powodzenia i połamania nóg na koncertach!

 

 

rozmawiała: Kasia Kępka / example.pl

zdjęcia: materiały prasowe / Bartek Szmigielski, Krzysztof Mossakowski