Wiedza ciała i zanikające umiejętności rzemieślnicze, materialność archiwalnych projektów wzorów, nostalgia za domem rodzinnym i bezpieczeństwem to tylko kilka aspektów wystawy, której współautorkami i kuratorkami są wykładowczynie School of Form USWPS: prof. Ewa Klekot i dr Agnieszka Rayss. Wystawa „Szlify” w galerii SIC! BWA Wrocław do 8 marca.

Wystawa „Szlify”
Wystawa „Szlify” opowiada o niezwykle ciekawym materiale, jakim jest szkło kryształowe, i o tym, jak ludzie z nim współpracują, użytkują je i przetwarzają. Dzięki zdjęciom dr Agnieszki Rayss i nagraniom rozmów z pracownicami huty „Julia” w Piechowicach przeprowadzonych przez prof. Ewę Klekot możemy sobie wyobrazić, jak wygląda proces produkcji i zdobienia naczyń, a także zobaczyć je wyeksponowane na meblach rodem z PRL. Na wystawie jest też bogata kolekcja rysunków technicznych z wzorami zdobień oraz prace artystyczne Katarzyny Harasym i Aleksandra Baszynskiego powstałe z przetworzenia „kryształów”.
– Pokazujemy perspektywy projektantów, pracownic szlifierni, użytkowników, artystów. Jednak my same, autorki, też mamy bardzo szczególną relację ze szkłem kryształowym i jesteśmy częścią tej opowieści. Agnieszka patrzy na rzeczy w niezwykły sposób, a ja – żeby pogłębić tę relację – siedziałam w hucie i sama uczyłam się zdobić – mówi dr hab. Ewa Klekot, prof. USWPS, antropolożka sztuki, wykładowczyni School of Form i członkini Instytutu Projektowania Uniwersytetu SWPS.
Jak ciało uczy się geometrii
Tytuł wystawy pochodzi z wypowiedzi jednej z pracownic, która stwierdziła, że szlifów (konkretnych zestawów nacięć, np. o nazwach młynek, brylantówka) uczyły się w szkole, ale prawdziwe „szlify” zdobyły dopiero w hucie.

W skrócie proces produkcji „kryształów” wygląda następująco. W rzeczywistości jest to szkło ołowiowe (dziś zastępowane krystaliną), które dzięki zdobieniu nacięciami odbija światło jak naturalny minerał. Najpierw projektant projektuje wzór – współcześnie dzięki programom wspomagającym projektowanie od razu przekłada się to na rysunek, natomiast dawniej potrzebny był jeszcze kreślarz, który robocze wskazówki projektanta przekładał na rysunek techniczny z wzorem. Następnym krokiem jest znakowanie, czyli rysowanie na naczyniu siatki pionowych i poziomych linii pomocniczych za pomocą specjalnego toczka, co pozwala zachować geometrię wzoru. – Bez tego urządzenia byłoby to niemożliwe, bo równość tych zdobień nie jest geometrią ludzkiego ciała – wyjaśnia prof. Ewa Klekot.
Właściwe zdobienie składa się z dwóch etapów: narzynania, czyli wykonania pierwszych nacięć przez bardziej doświadczonego pracownika, oraz fajnowania, które polega na pogłębianiu szlifu do odpowiedniej głębokości i określonego kąta rozwarcia. Praca odbywa się przy użyciu diamentowych tarcz, które muszą być stale chłodzone wodą ściekającą do specjalnej wanny, zwanej balejką (można ją zobaczyć na wystawie, a nawet zanurzyć w ręce w odstojniku i dotknąć osadu pozostałego po szlifowaniu). Na koniec naczynia są poddawane wykwaszaniu, czyli polerowaniu chemicznemu, które usuwa nierówności i nadaje im ostateczny blask.
– Zdobienie wymaga ogromnej wiedzy ciała, które musi się nauczyć geometrii naczyń i wzorów. Przy małych formach to kwestia nadgarstków. Naczynie zawsze trzeba dostawiać do tarczy zgodnie z tym, co jest narysowane na siatce albo z tym, co jest już narżnięte. Wirujące ostrze musi być zawsze ustawione pod kątem prostym do powierzchni, którą tnie, czyli naczyniem cały czas się delikatnie manewruje. Przy większych formach pracują też ramiona, trochę kręgosłup, całe ciało – mówi prof. Ewa Klekot, którą wiedza ciała interesuje jako badaczkę. Dodaje, że najprostsze do zdobienia są naczynia w kształcie walca, bo tutaj ruch jest płynny, a najtrudniejsze i nielubiane przez pracownice szlifierni – te o kwadratowej podstawie.
Zanikające rzemiosło
Przy zdobieniu szkła kryształowego pracują wyłącznie kobiety. Prawie wszystkie zaczynały pracę w hucie szkła w latach 80. XX wieku, a najstarsze nawet pod koniec lat 70. Przeżyły upadek przedsiębiorstwa, które zostało sprywatyzowane, a potem przejął je syndyk masy upadłościowej. Wróciły po przerwie, gdy „Julię” kupili obecni właściciele. Są przywiązane do zakładu i do sposobu pracy, która jest teraz lżejsza niż była w PRL, gdy pracowało się na zmiany. Nadal jednak jest fizycznie obciążająca, bo wymaga 8 godzin kontaktu z wodą i różnych pozycji ciała. Co jakiś czas pojawiają się pojedyncze młode osoby, które przeważnie szybko rezygnują.

– Te umiejętności prawdopodobnie podzielą los wielu technik, które były wcześniej technikami fabrycznymi, a w tej chwili są wyłącznie technikami rękodzielniczymi albo w ogóle już nie istnieją. Na razie jednak ludzkie ciało jest mądrzejsze niż maszyna i potrafi wykonać bardziej skomplikowane układy nacięć niż obrabiarka. Człowiek manipuluje w niezliczonej ilości osi, odpowiednio ustawiając ciało i dłonie, natomiast obrabiarki w hucie „Julia” pracują tylko w trzech osiach. Z tego względu rzemieślnicze cięcie tych wzorów jeszcze trochę przetrwa – mówi prof. Ewa Klekot.
Antropolożka zastanawia się jednak, czy nadal będzie zapotrzebowanie na tę technikę. – Była bardzo dobra w czasach, kiedy trzeba było narżnąć dużo mocno dekorowanych naczyń, ponieważ jest szybka, wydajna i pozwala ukryć wady dmuchanego szkła. Pytanie jednak, czy będzie jeszcze zapotrzebowanie na tak skomplikowane wzory, bo zmienia się też estetyka – mówi wykładowczyni School of Form.
Rysunki wzorów – świadectwo czasów
Dr Agnieszka Rayss dużo czasu spędziła w pokoiku archiwum huty, gdzie zachowały się rysunki wzorów. Rysowali je kreślarze na kalkach technicznych. Wiele z nich jest podpisanych nazwiskami Reginy i Aleksandra Puchałów. Tymi rysunkami posługiwały się potem osoby zdobiące naczynia.
– Zainteresowała mnie materialność tego archiwum. Oprócz tego, że te rysunki są użyteczne, są też bardzo piękne. Zwracałam uwagę na rozmaite zagięcia, przezroczystości, które też są świadectwem czasów, w których powstawały rysunki – opowiada dr Agnieszka Rayss, fotografka, wykładowczyni School of Form i członkini Instytutu Projektowania Uniwersytetu SWPS.
Wybrane oryginalne rysunki wzorów zostały wyeksponowane na wystawie. Są wśród nich różne ciekawostki, np. rysunki samochodów, sporządzone prawdopodobnie na zamówienie fabryki Fiata. W PRL było dużo szkła okolicznościowego, projektowano puchary z okazji zawodów sportowych, były zamówienia dla wojska, różnych zakładów i instytucji. Jest to jakieś odbicie życia społecznego.
Rysunki techniczne były dla dr Agnieszki Rayss inspiracją do kolaży. – Te wzory są skomplikowane i jest w nich bardzo dużo powtarzalności. W moich pracach je jeszcze dodatkowo namnażałam – opowiada autorka. Efekty można podziwiać na wystawie.
Kolejny pomysł kuratorek wystawy, nawiązujący do PRL-owskiej estetyki trójwymiarowych pocztówek, to wydruki 3D, czyli druk soczewkowy. Prace składają się z dwóch obrazków, z których każdy widoczny jest pod innym kątem: z jednej strony gotowe naczynie, z drugiej, rysunek techniczny z jego wzorem.
Nostalgia za domem i bezpieczeństwem
W XVIII i XIX w. wyroby ze szkła kryształowego były towarem ekskluzywnym i mogli sobie na nie pozwolić tylko ludzie bogaci. W kolejnym stuleciu nastąpiło przejście na produkcję bardziej masową.
– Szczególnie w krajach demokracji ludowej szkło kryształowe stało się luksusem dostępnym. Estetycznie te wyroby trochę się zestarzały, ale wielu osobom – zwłaszcza za naszą wschodnią granicą, ale także w Czechach czy na Węgrzech – kojarzy się nostalgicznie. Z babcią i czasami, kiedy – mimo niedostatku – było bezpieczniej społecznie. Ten sentyment widoczny jest zwłaszcza w kolejnych pokoleniach, które nie pamiętają PRL-u z własnego doświadczenia – mówi prof. Ewa Klekot.
Efektem nostalgii jest też praca Aleksandra Baszynskiego, ukraińskiego artysty mieszkającego w Polsce od ponad 10 lat. Na wystawie „Szlify” pokazuje on obiekt w kształcie żyrandola zrobiony z kryształowych kieliszków.
– Ta praca to opowieść o jego rodzinnym domu i o odświętności. W jego wspomnieniach o tym, że w święta wszyscy siedzieli przy stole, a mama wyjmowała zza szybki kryształowe kieliszki wybrzmiewa nostalgia za rodziną, wspólnotą. Choć nigdy nie mówił o żyrandolu w kontekście wojny, to dla mnie jest to także opowieść o domach, których już nie ma w wielu miastach. Jak pisał Czesław Miłosz, niczego „tak nie żal jak porcelany”1. Tam niczego tak nie żal jak „kryształów”. Stąd impuls u artysty, żeby tę materialność ocalać – mówi prof. Ewa Klekot.
„Destrukty” i duch „kryształu”
Dla dr Agnieszki Rayss ciekawe są też „destrukty”, czyli szklana stłuczka, odpady z produkcji. Kiedyś stawały się półproduktem, wracały do pieca i były wytapiane jako nowe szkło. Uwieczniła je na zdjęciach, które można zobaczyć na wystawie.
– „Destrukty” niosą ze sobą rozmaite znaczenia i skojarzenia, które dodają kolejne warstwy do opowieści o szkle – wyjaśnia fotografka ze School of Form.
Zniszczone „kryształowe” obiekty to także przedmiot zainteresowania Katarzyny Harasym. To artystka, która twórczo recykluje szkło. Na wystawie są trzy jej prace, nazwane przez nią neokryształami. Powstały w następujący sposób: artystka ułożyła na żaroodpornym stożku w piecu szklarskim stare, zniszczone naczynie, np. wazon czy miskę. Rozgrzała piec do temperatury, w której szkło zaczyna się rozpływać i ześlizgiwać po stożku. Neokryształy są wyjmowane z pieca w różnym momencie tego rozpływania.
– Jest w tym trochę kontroli, trochę przypadku. Piec szklarski nie ma wziernika, więc nic nie można podejrzeć. Zostaje trochę szlifów, ale są rozpłynięte i w dziwnych miejscach, bo forma się zmieniła. Katarzyna Harasym piaskuje swoje obiekty, ich powierzchnia przestaje błyszczeć. Przez to piaskowanie – jak twierdzi artystka – obiekty stają się jeszcze mniej realne, jakby były duchami. Płynna forma wywołuje skojarzenie z ektoplazmą – duchową substancją, która wypływa z „kryształu” – opowiada prof. Ewa Klekot.
Wystawę „Szlify” można oglądać w Galerii SIC! BWA Wrocław (Pl. Tadeusza Kościuszki 9) do 8 marca 2026 r. Jej współorganizatorem jest Huta szkła kryształowego „Julia”, a partnerem merytorycznym Uniwersytet SWPS.